Znałam tę drogę na pamięć. Jeździłam nią setki razy, czasem kilka razy dziennie — samochodem lub rowerem. Spacerowałam tamtędy, odkąd w ogóle mogłam zapamiętywać. Za mostem, na niskim garbie oddzielającym pola, zawsze widziałam drzewa przypominające palmy z książek o amazońskiej dżungli. Ich szare pnie podobne były do nóg słoni. Wydawało mi się, że słyszałam wrzaski kłócących się małp, egzotycznie gadające papugi i inne kolorowe ptaszyska. Mogłabym przysiąc, że widziałam ich wielkie, malowane barwami dzioby.
Poniżej, na stoku ziemnego garbu, widziałam falę. Pojawiała się u podnóża garbu, wzbijała się z wprost niewyobrażalnym impetem po zboczu i pieniła bałwanem tuż pod „palcami” słoniowych pni. Później uspokajała się i opadała na pole, żeby rozpocząć swój rytm na nowo. Widziałam to za każdym razem, ale tylko przez chwilę — tę chwilę, na którą pozwalał mi przejazd samochodem. Nigdy nie zapomnę letnich popołudni, kiedy wracaliśmy do domu maluchem, a zza Ślęży świeciło chylące się ku zachodowi słońce i rozbłyskiwało wspaniałymi kolorami w falach podmywających polny garb. Czułam się trochę jak nad morzem, chociaż nad żadne morze nie było mi szczególnie blisko.
Nie inaczej było tym razem. Wracałam z mamą od babci. Była to noc pełni. A może dzień zaćmienia Słońca? Minęłam polną falę po prawej stronie. Zdałam sobie sprawę, że światło było niecodzienne — jakieś takie dziwne, niepokojące. Było jasno, ale niezupełnie. Coś było nie tak.
Nad równiną świeciło słońce, ale nie przypominało tego, które znamy. Było wielkości Księżyca w perygeum. Zachodziło na północnym zachodzie. Wisiało nisko i niemożliwym stało się patrzenie na nie.
Nagle zapłonęło. Powietrze wokół jonizowało się od temperatury i drżało wściekłą czerwienią. Myślę, że z takiego widoku dzieci mogły czerpać inspiracje, malując słońce z promieniami. Bił od niego świetlisty żar i — mimo że wyraźnie zmierzało w swoim gwiezdnym cierpieniu ku eksplodującemu końcowi — tu, na równinie, wcale nie było gorąco. Śmieszne — w książkach czytałam, że odległość Ziemi od Słońca była na tyle odpowiednia, że umożliwiła rozwój życia, a tu było ono tak blisko jak Księżyc i nikt nie spłonął. Czyżby książki kłamały? — zastanawiałam się.
Mama zatrzymała samochód i oglądała ten spektakl razem ze mną.
— Widzisz to słońce? Jakie ono jest duże i dziwne! — powiedziałam do mamy, zafascynowana tym zjawiskiem, chociaż trudno było mi na nie patrzeć gołym okiem. Oczywiście daszek w samochodzie pochłaniał połowę promieniowania, dlatego wszystko tak szczegółowo pamiętam.
Czerwień powoli gasła, zamieniając się w chłodny błękit, zaś samo słońce — w węgiel. Tak, przypominało czarną, mieniącą się kostkę, którą dorzuca się do grilla latem.
Zrozumiałyśmy, że ono po prostu spłonęło!
Obejrzałyśmy się wokół siebie. Zapanowała ciemność. Latarnie nie zdążyły się jeszcze włączyć, ale co to znaczyło w perspektywie braku światła słonecznego jutro? Zresztą — jakiego jutra? Skoro słońce się spaliło i zgasło, spopieliło się na astronomiczny pył, to jakiego jutra mieliśmy oczekiwać?
Naraz w ciemności dał się słyszeć jeden wielki szum: krzyk, wrzask. Słowem — trwoga. To uczucie towarzyszyło chyba każdemu. Nie będzie jutra, nie będzie światła! Po co mówić o porach roku, skoro bez Słońca nie będzie ani wiosny, ani zimy? Od tej pory miał nastać wielki mrok i nie miało być już życia.
Ale zaraz, zaraz… Coś mi się nie zgadzało. Coś bardzo poważnie w całej tej sytuacji mi nie pasowało.
Spojrzałam na milczącą mamę.
— Mamo, przecież to niemożliwe, żeby słońce się spaliło. W książkach pisali, że ma świecić jeszcze cztery miliardy lat.
Uff — mieliśmy jednak jeszcze sporo czasu na oglądanie morza w polu, ponieważ, jak wiadomo, książki nie kłamią. Nie chciałam powiedzieć, że „po nas choćby potop”, jednak tego nie zapamiętają nawet moje przyszłe prawnuczęta.