Przejdź do głównej treści

Zapisz się do Newslettera i odbierz rabat 30 zł 🎁 Darmowa dostawa od 150zł🛺

Produkty w koszyku: 0. Zobacz szczegóły

Jezioro łabędzie

Sny są niezwykłe. Niektóre mogłyby posłużyć za gotowy scenariusz filmowy: mają klasyczny początek, rozwijają się do punktu kulminacyjnego, aż następuje satysfakcjonujący koniec. Są też inne – tajemnicze i piękne, w których zastygamy jak zaczarowani, oczekując finału. Tylko czy sny w ogóle muszą go mieć? Przecież rzadko rządzą się logiką... Dziś zapraszam Was na „Jezioro łabędzie”. Czeka nas wydobywanie lirycznej muzyki z głębi wyobraźni, hipnotyzujące piękno tańca klasycznego i narastające napięcie.

  • autor: Joanna
  • dodano: 01-02-2026
  • w kategorii Sennik
Jezioro łabędzie

Ludzkie ciała są do siebie podobne. Mamy po dziesięć palców u stóp i rąk, głowę, tułów, kończyny. Posiadamy jednak zestaw cech, które sprawiają, że my to my: kolor oczu, zarys kości policzkowych, kształt ust, odcień cery, piegi czy mniej lub bardziej odstające uszy. Tamtego dnia siedziałam na trawiastej plaży nad popularnym wielkopolskim jeziorem, które jednak wcale nim nie było. I ja – też nie byłam sobą.

To ciekawe: skąd wiem, że ja to ja, skoro nie mam lustra? Może z pomocą powinna przyjść mi historia Martina Guerre?[1] To temat na inne rozmyślania, jednak tamtego słonecznego popołudnia tkwiłam jako nie-ja na brzegu akwenu, nad którym nigdy wcześniej nie byłam. Nie wiem, jak się tam znalazłam; za moimi plecami wznosił się wysoki, stromy klif rozświetlony promieniami słońca.

Przed sobą widziałam taflę wody. W tę pogodę aż chciało się do niej wejść, choć była mętna jak woda z ogórków kiszonych i zielona jak Bałtyk. Nie przeszkadzało to jednak baletnicom tańczącym na falach.

Balet ten był zaiste niesamowity. Tancerki spoczywały na materacach w pozycji „na uczestnika uczty rzymskiego cesarza”, ale ubrane były jak na premierę „Jeziora łabędziego”. Wyglądały zachwycająco. Ich szczupłe nogi podkreślały białe rajstopy, wokół bioder połyskiwały brokatem sztywne, tiulowe spódniczki, a talie aż po dekolt zamknięte były w aksamitnych gorsetach. Ramiona zdobiły opadające rękawki z pięknych, jakby mroźnych piór, głowy zaś – pierzaste diademy. Twarze pokrywał staranny makijaż, oczy podkreślały poczernione rzęsy, a gładko upięte koki dodawały dziewczynom elegancji. Wyglądały jak z innego świata – elficko, lekko, eterycznie. Ich zimowy anturaż kontrastował z otaczającym je latem, ale nawet księżyc nie wydobyłby z ich strojów tak świetlistego blasku. Nie wiem, ile ich było. Gdybym umiała liczyć, na pewno bym to sprawdziła, ale niestety cyfry przypominały mi wtedy egipskie hieroglify.

Materace unosiły się na powierzchni niczym cynamon, w ogóle nie nasiąkając wodą. Leżały tam, jakby była to najzwyczajniejsza rzecz na świecie. Baletnice kołysały się na nich w rytm leciutkich fal, które zdawały się pomagać im w tańcu. Podnosiły ręce z gracją, w wystudiowanych gestach, dołączały do nich białe nogi. Miały w sobie tyle klasy i dostojeństwa, że gdyby nie kostiumy, można by pomyśleć, że ćwiczą niezwykle artystyczny aerobik.

Temu podniosłemu wydarzeniu towarzyszyła muzyka. Dochodziła z lewej strony, jakby spomiędzy namiotów i przyczep kempingowych. Charakterystyczny, liryczny dźwięk smyczków niósł się po wodzie. Melodia była piękna, ale zakłócało ją źródło dźwięku – stary, kineskopowy telewizor, który najlepsze lata miał już za sobą i losowo wyrzucał w powietrze irytujące piski, słyszalne zazwyczaj wyłącznie dla ucha ruchliwego berbecia.

Wśród tych pięknych baletnic stała jeszcze jedna kobieta. Nieco odstawała od nich wiekiem, co sugerowało, że była ich nauczycielką. Jej spokój był pozorny – mogłam jak przez lornetkę dostrzec, że drżą jej mięśnie na zaczerwienionej od słońca twarzy. Zupełnie jakby pod maską perfekcji ukrywała targające nią silne emocje. Może widziała, że baletnice tańczą nierówno? Może irytowała ją zacinająca się muzyka z telewizora, a może to książę Zygfryd spóźniał się na próbę generalną?

Czekałam w napięciu, aż coś się wydarzy. Aż na kolejnym materacu, białym jak rycerski wierzchowiec, przypłynie tancerz, a spomiędzy łabędzi wyłoni się Odetta, królowa jeziora. Czekałam na tę ich miłość od pierwszego wejrzenia, o którą musieli zawalczyć do końca IV aktu. Jednak usłyszałam tylko mewy. Tak, mewy. Potrafią być urocze nad morzem, ale ich krzyk w tamtym momencie baletowej próby był wręcz nieznośnym jazgotem. Wrzeszczały, kołując nad baletnicami, a dodatkowo ktoś złośliwie skrzypiał drzwiami. Miałam ochotę wstać i zwrócić uwagę, że tak się nie robi, kiedy sztuka dzieje się na naszych oczach, ale hej – to przecież nie były moje nogi.

 

[1] Słynny przypadek z XVI-wiecznej Francji, gdzie oszust Arnaud du Tilh przez lata skutecznie podawał się za Martina Guerre, przejmując jego życie, majątek i żonę. Historia ta stała się klasycznym studium nad płynnością tożsamości i zawodnością ludzkiej pamięci w czasach, gdy wizerunek nie był utrwalany przez fotografię czy powszechnie dostępne lustra.

 

Komentarze do wpisu (0)